po pierwsze:
spróbowałaś mnie
a ja jak czerstwy chleb nie
chcę się dziwić
bo przecież biorąc mnie w dłonie
nie trudno ci było wyczuć
moją szorstkość
ja teraz już nie sądzę ja wiem
że to wcale nieprawda że prawda boli
to bolą tylko niespełnione marzenia
że się nie spełniły
i chociaż ja wiem i ty
to nie będzie nam dane nic
poza tęsknym spojrzeniem za horyzont
że niby tam jest to
śmieszne że taką oczywistość muszę ci
kłaść wierszem
po drugie:
ty już nie chcesz moich spojrzeń
w twoje okno
tam teraz pewnie ciemno
skoro wiem ze jesteś już w innych
dziwię się że jeszcze pamiętam?
po trzecie:
oto jest zazdrość
kiedy nie dzwoni telefon
a tylko ciągłe odkładanie słuchawki na swoje miejsce
to takie smutne nie doczekać się
i kiedy nie można wysiedzieć
pójść
budząc się pod twoim oknem
lub tam gdzie jeszcze twój zapach
a przecież wiem że nie ma miłości
a przecież wiem że miłość jest
po czwarte:
można po raz któryś powiedzieć sobie
o swojej sile
lub wmawiać sobie lęk
ale można nie ufać w nic nawet w siebie
i w to co się sobie przyrzekało po stokroć
a jak ciebie nie ma
to przecież
zjawiają się obok mnie
czarownice złych myśli
i nie pomaga
zapalone nocą światło
gubię się wtedy w kącie pokoju
bez skrawka snu
czekam
chociaż nitki czułości
kiedy czasem
wszyscy przyjaciele odjadą
niekoniecznie na zawsze
i sam połykam chodniki miasta
i mój czas leniwy
rozumiem
bardziej niż kiedykolwiek
że jestem taki sam jak ty
i nie lubię samotności
Jerzemu Wieczorkowi
dym
to zaułki Krakowa w deszczu
niewierny Tomaszu
twoje słowa buduję z westchnień
przytakuję
wiem
że za oknem
rozmoknie za krótkie spotkanie
kiedy czekam i tyle już dni mija w złość
chciałbym wiedzieć
czy niecierpliwość jest próbą sił
czy gniewem serca
wiem przecież w którym miejscu jesteś
za horyzontem
oto są chwile kiedy ziemia jest za wielka
i nie można powiedzieć wtedy
nic nie jest ważne tylko ty
bez zająknięcia potrafię przecież
wymówić twoje imię
i jeszcze klika innych słów
ale
to nieprawda że czekał będę tylko do jutra
nigdy nie czeka się tylko do jutra
poraził nas
w zatłoczonym tramwaju
ryk
przejeżdżającej karetki
za oknem
samochody dla miejsca
rozpychały się na chodniku
pomiędzy przechodniami
nikt się nie dziwił
zauważyłem
że nie tylko ja
zacisnąłem w dłoni
kciuk
do tramwaju numer siedemnaście
wszedł bezdomny
gdzieś na wysokości targowej hali
rozczytałem z rozpiętej na piersi kartki
o bezsensowności jego losu
w ten sylwestrowy poranek
pomyślałem o przyszłym roku
a nie o podarowanej pięciozłotówce
bo co komu było wiedzieć
że to były moje ostatnie
pieniądze w tym roku
cóż mam ci odpowiedzieć
na twoje zdziwione oczy
że mimo wszystko bywam?
bo przecież że świat inny
wiem
a skoro nie masz mnie
nie patrz tak często na drzwi
tym bardziej
że nocą śnieg przykrył drogowskazy
do mojego domu
nie śmiej się ze mnie
kiedy opuszkami palców
rozcinam mgłę tego poranka
a splątane słowa
rysują nowe horyzonty tak daleko
i zasmucone powracają
wiem
że kłamstwa to tylko wszystko na odwrót
grymas twarzy kiedy powiew morza
uderza w plecy
i nic
nie śmiej się ze mnie
kiedy płaczę
jestem przecież
tylko przedpokojem w twoim domu
nie mów mi słów które podpalają
to już było
ty po prostu bądź
najpierw popatrz i nie czyń nic
bez namysłu
aby potem nie odchodzić
zbyt prędko
bo czasem
trudno odejść
ona mówiła mi o straconym życiu
kiedy ja do zatrzymania ścigałem w myślach
zegar nad twoim łóżkiem
i tęczę czterokrotną
spotkaną niegdyś zupełnie przypadkiem
nie wiem dlaczego dziś całą zimę patrzyłem przez okno
że zadzwonisz
a tej nawet przez myśl nie przeszło
że kocham tylko ciebie
ważę
jak długo uda mi się opóźniać
wierszem pisanym palcem na wodzie
przecież wiesz
że zobaczysz tylko smutne oczy
gdy podniesiesz głos
to twoje
bezmyślnie rzucone
złe słowo
zaszkli komuś oczy
i wcale nie musi wywołać deszczu
na twój krzyk
po prostu
kiedyś słońce
zgaśnie
nienawidzę wojny
nie tak jak moja matka
której za drutami umarł brat
wojna zabiera kobietom mężczyzn ich marzeń
nie umniejszam cierpienia
które do tej chwili czuje w swoim domu
myślę że płaczę z moją matką od urodzenia
przeklinam wojnę za to że jest w moim domu
i nie pozwala mi
ja jak w teatrze ciągle muszę odgrywać dramat wojny
której nie mogę pamiętać
ja mam tego po dziurki
moje wojny to wojny o miłość
kiedyś napiszę do ciebie list
opiszę w nim swój smutek
że jestem tak daleko
od kwiatów z łąk które obszedłem
za tobą
opiszę ci w nim motyle za którymi
chciałem zapomnieć
i te wszystkie źdźbła traw
na których odpoczywałem potem
rachując ptaki uciekające przed księżycem
a potem wspomnę jeszcze o nocy
bezsennej
bez ciebie
i może wtedy zrozumiesz
jak jesteś ode mnie daleko
przyjaźni nie mierzy się
kieliszkiem mruganiem powiek
nie wolno jej mierzyć imieniem
lub jej kończyć bo kończy się dzień
przyjaźń
to nie powiedziane jak żart
to nie zaciąganie się papierosem
i jego dymu kłęby zamiast słowa
tym bardziej dłoń
byś kładkę nieszczęść
przeszedł bez szwanku
jestem tylko plastrem na rany
o których jutro zapomnisz
kiedy twoje i moje oczy niecierpliwe
nie przeszkodzi koniec dnia
za oknem
aby nie powiedzieć ani słowa sobie
patrząc poprzez twarze
nauczyłem się dość szybko
twojej niecierpliwości
i ukradłem uśmiech nie dla mnie
by żyć jeszcze jedną chwilę dłużej
a teraz
nie umiem umknąć czym prędzej
tak podoba mi się wiosna twoich dłoni
zwłaszcza kiedy włosy poprawiasz
a więc tak mało jeszcze widziałem
dlatego nie powiem ani słowa
by nie burzyć porządku świata
pod moim oknem
dzieci wygrzebują ze śmietniska
kolorowe gałganki
przez czas
są one bohaterami
ich zasłyszanych kreskówek
z którymi
rozmawiają o wartościach
płomień który gaśnie
chciałby spalić choćby
jeszcze jedną ćmę
gasnącym światłem
kusi ku sobie
przywołując
o swoim końcu
a ćma ta lala
kim jestem
skoro nie jestem nikim
zamieniam pieniążek w mgłę
jak czarodziej
widzę jak dzień za dniem więdną różą
one bolą gdy je dotykać zbyt mocno
a te moje dni
podzielone lampkami szampana
uciekają mi jak gołębie
wyciągane z czarnego kapelusza
za oknem bezustanne niebo gwiaździste
noc jak zwykle znajduje mnie z niedomkniętą myślą
kolejny dzień nowej prawdy poniósł za sobą
jeszcze dudnią ciężkie samochody
kiedy czas się zatrzymuje
wytrzepane z pudełek zapomnianych
ołowiane ptaki stoją nieruchomo
tam gdzie je przykleiły
drobne paluszki dzieckiem
znowu
niektórym zabrakło miejsca na stole
pomiędzy aniołkami
kiedy czas się zatrzymuje
i szuka winnych
na każdym miejscu
proszę nie płakać
kiedy umierasz poeto
błyskawica westchnienie nieba
zabiera niedokończone wersy
nieskończone myśli
gasną płomykami wypalonych zniczy
a dzieła dokończą
sprzątający gnijące kwiaty
od przyjaciół
słońce obudzi ich w następny wiersz
już nie twój
a twojej duszy
pokój do zobaczenia
nie wierzę w miłość bo to otchłań
pożerająca nasze wszystkie dobre pomysły
i jaka dal przed nami
i tylko zatrzaśnięte wrota chęci
i te nieprawdziwe słowa
by nas zassać na każdym kroku
nie wierzę w miłość bo to otchłań
w którą wpadamy głębiej coraz
ucząc się kłamstw jak pacierza
i trzeba by mieć klucz do
by wybrnąć
a właśnie gdzieś się zapodział
ale jak trzeba umieć tę otchłań pokonać
na kolanach by go posiąść
znaleźć
tę miłość
i tak dalej
i tak wiesz co ci najbardziej potrzebne
a skoro tak
to na nic te wszystkie wspinaczki
na niebosiężne szczyty
bo to tylko lodowe granie
z których można spaść
i kiedy tak ciągle
i mimo wszystko szukam ciebie
to nie po to by popatrzeć
w twoje smutne oczy
chcę ci tylko przypomnieć
że i woda i powietrze
zetrą każdy kamień na proch
i wcale nie trzeba do tego
przykładać ręki
góry olbrzymie
na które spoglądam
szepcą litanię
wiara w boga
ważniejsza jest niż chleb
kiedy pochylasz się
w ich cieniu
ale to nieprawda
że myślisz tylko o tym
prawdą jest
że boisz się szczytów
ukrytych w chmurach
ostatnia ciepła noc w tym roku
ciemność nade mną
nie nicość
gdy w serce spoglądam
ono żyje
tam nie ma pustki
tam jest bardzo dużo miejsca
kocham
ile trzeba wieczorów utracić na zawsze
i ścieżek nowych wytyczyć
które potem chwastem zarastają
jak długo słuchać słów
które bolą bardzo
i być zazdrosnym jak długo
ile razy dłoń wyciągać
i o miłości mówić
patrzącej w okno
a potem jeszcze być
doprawdy nie szukaj Kosmosu
poza granicami dłoni
raczej poukładaj to co na stole twojego świata
żeby po raz kolejny nie szukać tego samego
swoich zniewoleń wziętych w jasyr rozgrzebu
liście to nie owoce
znajdziesz je na krańcach możliwego
i nie pozbierasz wszystkich słów
w jedno
a jeśli Penelopy nie wyczekują
co stanowią Odyseusze z tam-drogą
nie poszukują bowiem skrótów
tylko wynajdują głazy poniechanych dni
jaki ma sens wietrzenie podpowiedzi w namowach kompasu
gdy igła odchodzi od zmysłów
naprawdę antyczny paprz osłabia
faktycznie nie może być Ikarem
kto nie ma piór
i kałamarza
albo jej nie było
bo ona nigdy nie ustaje
po prostu
nie pojawia się bezinteresowną jednością myśli
jest na wyciągnięcie
kwiatem pachnącym dla każdego
kto się nim zachwyca
zamiast łatwo go zerwać
tylko dla siebie
to wtedy dzwony płaczą
i dlatego serce bije mocniej
przy pierwszym pocałunku
brzydkie kobiety
płaczą nocami w poduszkę samotnością
kończą kolejny dzień obrażone albo już nie
i nie chcą wspominać
i boją się marzeń
brzydkie kobiety wiedzą o tym
a pomimo
szukają spojrzenia
i każdy gest dobra układają w sercu
na specjalnej półeczce
brzydkie kobiety żyją obok
brzydkie kobiety
nie przyznają się
do zazdrości innym kobietom
ale wiedzą
że wszystkie je nienawidzą
brzydkie kobiety
kochają los bez wzajemności
zdrowo się odżywiają
nie piją i nie palą
ale tylko do czasu
brzydkie kobiety
nie chcą mieszkać
na szczytach szklanych gór
i na ostatnich piętrach wieżowców
gdy kończy się czas
każda sekunda droższa milczenia
każde słowo szczere
bo może nie być
każdy dotyk legitymuje byt
palce termometry czasometry
histeria odchodzenia rzuca w wir
carpe diem carpe
czy zapamiętam
jak kosztuje wino twoich ust
nieużyte pytanie
przecież nie zapamiętam ze sobą
głupstwo to
tylko je wtaszczyć do cebera
gdy pytam
co jest najważniejsze w życiu odpowiadasz – to proste i zwyczajne
pieniądze na opłacenie rachunków na kupno domu by nie być bezdomnym
może jeszcze ogródek z altanką
żeby od święta przyjmować na obiedzie dzieci potem wnuki
a kiedy przejdę na emeryturę chcę obejrzeć świat
mi się nie udało
wiem za to
że prawda nie polega na demonstrowaniu własnych słabości
odwagę mieć trzeba okazywać je dopiero
gdy potrzebujemy oparcia
i napawać się
gdy rzeczywistość manifestuje się lepszą od tego
co nam wpierano całe życie
ale co ci będę opowiadał
i tak nie będziesz chciał zrozumieć
że nigdy na nikogo nie podniosłem ręki
i pewnie za to wszystko zawsze pod górę
jaką próbą jest oddalenie
każde to
gdy kukamy wiosny w listopadowy wieczór
krzesiwem dłoni przypalając światełka pamiętań
to
gdy wsłuchujemy się w wiatr za słowami ostatnimi
to
gdy smarujemy masłem drugą kromkę
i by usłyszeć pukanie zamykamy się na klucz
i czekamy i modlimy się
aby skreślić odległość tęsknot
nie zazdroszczę tym którzy się zrodzili
trudy spełniając w ciągłym biegu
którzy muszą uczyć się wyróżniać prawdę
i kochają zmysłami więcej niż sercem
i toną bez tlenu
dławią się większym kęsem
myśląc
że mogą przegadać śmierć
zamiast
być milczeniem moim
obmywanym wiatrem i deszczem
mogę być posągiem
tak mocno trzymam się ziemi
odkąd znaleziono we mnie
dziecko na rękach mędrca
jestem drzewem przy drodze człowieka
podziwiam twój kobiecy upór
z jakim chowasz amorka
pomiędzy zadbanymi klombami hortensji
martwisz się opustką jak złą pogodą
a tymczasem to przez koboldy
żółkną kartki sztambucha
i blakną odbicia pamiątek
i tylko do nich możesz mieć pretensje
że nie jest tak
jak wolisz
to oczywiście nieprawda
że nie chcę insolacji
takiej jak w pierwszy dzień wiosny
potrzebnego daj nam dzisiaj
i wszechmocy
by sprostać zamiataniu drożyn naszych
z kurzu przeszłorocznych liści
wiosnę nam daruj taką
byśmy ramię w ramię
nieśli toboły z nabytkami
bez niepotrzebnego
moc
by chcieć szukać rozsądku
w najdrobniejszych okruchach gestów
pozostałych
zbytecznego daj nam tylko tyle ile trzeba
nie za dużo
tęcza przyjechała na plac Zbawiciela z Brukseli
dziewięć metrów wysokości
szeroka na metrów dwadzieścia trzy
symbolizuje ona wiele rzeczy
jednak najlepiej jest
gdy nie symbolizuje nic a pojawia się po deszczu
wraz z pierwszymi promieniami słońca
nikt nie złości się na tęczę na niebie
mówiła autorka Julita W.
która nie wiedziała
że po kilkunastu nieudanych próbach
pewnego listopadowego wieczora
dwadzieścia trzy tysiące nieżywych kwiatów spłonie
na szczycie instalacji pogejowskiej
ostał się szczątek sztucznych kwiatów
nie spalił się ułożony w krzyż
to co nasze jest już zapisane
przy pierwszym tchnieniu
ciepłe dłonie matki
chluba ojca
zazdrość albo przynajmniej zdziwienie starszego brata
butelka mleka
pierwszy krok
i tak dalej
litera za literą
wyraz po wyrazie
zdania
zadania
pytania i odpowiedzi
i ta ciągła okazja odfrunięcia
gdy chwila roztargnienia
i tak pofruniemy
a ptaki nie mają takiego kłopotu
w końcu zrobiło mi się siebie żal
mimo że nikt nie zauważył
żeby we mnie coś zmieniło się na gorsze
gdyby nie te noce pełne strachu pozbawione radości
wspomnienia pocałowanych dni
i żal za tym co mogło być a nie było
niezaspokojone pragnienie sytości.
przerażająca niepewność co pojutrze
bo kłębią się straszne myśli zawsze te same
jakby jakiś zły czyhał w kącie pokoju
i zaraz rzucał się na mnie z krzykiem
że nic nie trwa wiecznie
przecież wiem o tym zawsze
potrzebuję zmiany i muszę
czy już rozumiesz
że nie mogę ci pomóc
że lepiej żebyś pozostał tym kim zawsze jesteś
bo operacja plastyczna nie pomoże
bo nigdy nie jesteśmy tacy jakimi chcielibyśmy być bo tłumią nas oczekiwania
bo jesteśmy tacy jakimi chcą nas widzieć
bo boimy się zawieść i bardzo pragniemy pokochania
tłumiąc w sobie najlepsze
i wtedy nasze sumienie
zmienia się w monstrum z koszmarów
i żałujemy
których nie
na wieść o śmierci
Jarosława Iwaszkiewicza
Jarosława Iwaszkiewicza
zazdrosne niebo nie odsłania karesów gwiazd
i noc śliniąc palce liczy pieniądze przyszłych rodziców
ciemno tak że poszukiwacz paproci kwiat podeptał
został mi portret wiersz
obok na stole biała koperta z jego nazwiskiem
list
już nim nie nasycę jarmarku słów
umarł poeta
komunikat nakazuje minutę milczenia
nikt dziś nie pyta poetów o zdanie
dorożka z arlekinem wiezie wzdłuż plantów
hurkot aut i brzęki tramwajów
wiosenna flaga poranne nowiny
nietaktem o tym wszystkim pamiętać
gdy siedzę tu obok Miłosza
ale on nic
chrumka tylko i lekko przeciera brwi
jasne że nie wiem co powiedzieć
– Nikt dziś nie pyta poetów o zdanie –
powiedział gdy woźnica przejechał Franciszkańską
– Za to spotkamy zapewne poetkę
ona zawsze przesiaduje na ławeczce przed Collegium Novum...
ale nikogo nie było
nieswój był tylko chwilę
złamał mnie spojrzeniem i krzyknął
– Kobiety!
na Boga co ja mu na to odpowiem
przecież nikt dziś nie pyta poetów o zdanie
kobiety?
one zachwycają się frazą wiersza moment tylko
kiedy słowa wybrzmią pytają retorycznie
dlaczego poeci nie potrafią utrzymać domu...
– Ty też nie widziałeś poety z piękną żoną!?
nawet ust nie otworzyłem odpowiedzią
bo machnął stanowczo dłonią
z kolegiaty św. Anny wychodził właśnie ksiądz
– Spójrz pochował dziś człowieka który przepowiadał
przyszłość
Ja już to wiem że ten kto o przyszłości chce prawić
musi mieć czoło miedziane
aby do słów swoich wszelkie stany świata naginać!
Nikt dziś nie pyta poetów o zdanie
bo myślą że oni nie mają nic do powiedzenia!
Nikt dziś nie pyta poetów o zdanie
lecz ten kto z poetą nie gada
ten prawdę przekłamuje
udaje że wie…
a potem uśmiechnął się Mistrz
– Wiesz Mirku dlaczego skręcamy w Gołębią?
Podkradam wiersze ze skrzynki poetyckiej poczty
Żeby poczytać poezję!
poetę poproszono o przeczytanie wiersza
ten najpierw wyspał się
bo dnia następnego miał czekać na spóźniony autobus ze stolicy
w dalszym ciągu nie wiedział czy ma przeczytać wiersz o biedzie
czy wiersz o wojnie
bo czy są to dobre tematy na wiersz?
obawiał się ów poeta zajmować jakiekolwiek stanowisko
polityczne albo moralne
i nie chciał używać brzydkich słów
(a to takie ostatnio w jego kręgach modne)
słów które cisnęły się mu na usta
każdego poranka po przebudzeniu
też chciał uniknąć albo się ich wstydził
chociaż tak naprawdę kochał prawdę nade wszystko
najważniejsze jednak w tym miejscu jest to
że jak zwykle bał się poeta ów
by ten czytany przez niego wiersz
nie był jego wierszem ostatnim